Zdrowe odżywianie

Od dłuższego czasu chyba wszyscy, których znam narzekają na jedzenie: że bez smaku, zapachu, że pełno w tym chemii, że to nie to samo co kiedyś. I jest w tym nie mało prawdy. Co prawda nie jestem aż takim smakoszem i nie mam tak długiej „pamięci kulinarnej”, żeby pamiętać smak jedzonka sprzed rewolucji konserwantowsko – ulepszaczowej, ale pamiętam że wtedy jedzenia się tyle nie wyrzucało i że wszystko smakowało, mimo iż człowiek głodny nie chodził, więc nie można twierdzić, że to z głodu. Ostatnio miałam okazję jeść kiełbaskę ze świnki wyhodowanej przez rolnika (normalnie, nie na jakiejś tam fermie), zrobionej tradycyjną metodą i muszę przyznać, że różnica w porównaniu do najlepszych niby nie zawierających konserwantów kiełbas sklepowych jest ogromna i w smaku i w przechowywaniu. I tak jest ze wszystkim – mięso nie ma smaku mięsa tylko przypraw bez których nie nadawałoby się do spożycia, na patelni się pieni jakby zawierało proszek do prania, kiedy zostawisz je w lodówce, na drugi dzień możesz odlać pół kubka wody. Miesiąc temu kupiłam wołowinę z dwóch kawałków, bo wydawały mi się ładne. Zamroziłam je, bo wtedy wołowina jest lepsza a po odmrożeniu okazało się, że jeden kawałek jest piękny, a drugi… jakiś taki siny… trudno nawet określić ten kolor. W każdym bądź razie od razu było widać, że coś z nim było robione. No i mimo, że wołowina droga, musiałam konkretnie obkroić ten kawałek, bo inaczej bym nie przełknęła. Ohyda. Zresztą nie jest to kwestia tylko mięsa. Kiedyś lubiłam ziemniaki w mundurkach. Teraz nie da się takich zrobić, bo każdego trzeba porządnie obrać i zobaczyć czy w środku nie ma białych ani szarych plam, ogórki się psują od środka robiąc się oślizgłe, itd. itd. Kiedyś rodzice, którzy dbali o zdrowe odżywianie dzieci wystarczyło, że mówili, że „nie kupię ci tego napoju, lepiej napij się kompotu albo wody z sokiem”. Teraz trudno wybrać co dać potomkowi, żeby na stare albo całkiem młode lata nie musiał raczyć się kleikiem. Zresztą sama widzę po sobie, że np. ostatnio mój żołądek zaczyna nie przepadać za kawą rozpuszczalną i zdecydowanie lepsza jest dla niego kawa ziarnista, oczywiście po zmieleniu i zalaniu wrzątkiem 🙂 Taka niby błahostka a jest różnica. Cóż więc pozostaje? Chyba trzeba się postarać o jakąś działeczkę i przynajmniej owoce i warzywa mieć w sezonie swoje, a na zimę zrobić przetwory. Nie zaryzykowałabym chowu zwierząt bo nie miałabym serca ich zabić, nawet dla zdrowego odżywiania, więc tu muszę wymyślić coś innego…

 

Obiad

Ponieważ blog nadal nie jest ukierunkowany, więc dziś będzie coś kulinarnego. Co na obiad? Możliwości jest dużo. U mnie dziś będą bitki wołowe duszone w sosiku (mam to gdzieś, że sosy tuczą, ja je lubię), ziemniaczki i surówka z buraczków.Wszystko jest tak proste do zrobienia, że trudno tu podawać przepisy.

Słaby punkt w moim dzisiejszym zestawieniu obiadowym to ziemniaki. Kupiłam je ostatnio w Biedronce i to był wielki błąd. Moim zdaniem w ogóle nie powinny być dopuszczone do sprzedaży. Każdy ziemniak musiałam okroić o połowę, bo każdy miał pełno biało – szaro – sinych plam. Okropność. Nie ma jak nawozy, żeby obrzydzić ludziom jedzenie. Mam nadzieję, że to co z nich zostało po obkrojeniu będzie jakoś smakowało…

Fotki tym razem nie ma, bo wszystko jeszcze się robi 🙂