Koniec beznadziejnego roku

Nareszcie koniec koszmarnego roku. Koronawirus sprawił, że był bardzo męczący, a jednocześnie nudny i dający po kieszeni. Większość moich planów została przesunięta na jakieś tam „później”. Zamiast oszczędzać, uszczupliłam oszczędności. Zamiast ćwiczyć, rozleniwiłam się i przytyłam. Zamiast dbać o siebie, odpuściłam. Nic mi się nie chce – to jedno z haseł tego roku. Niech już odejdzie.

Do tego zaczęłam chorować, co jest trudną sprawą przy obecnych problemach z kontaktem z lekarzami. Ba, nawet byłam na kwarantannie…

Kupiłam szampana i dobre wino, żeby należycie przywitać Nowy Rok, z którym wiążę duże nadzieje na zmianę. I wiem, że to tylko zmiana daty, cyferki – jak chcą niektórzy – ale w coś trzeba wierzyć, a ja wierzę, że zmiana daty zakończy tę trudną sytuację.

Składam więc wszystkim i sobie najlepsze życzenia noworoczne, abyśmy wrócili do normalności 🙂 Tylko tyle i aż tyle.

Co się zmieniło

Znowu dawno nie pisałam, więc teraz postanowiłam pokrótce uaktualnić co się zmieniło. A zmieniło się sporo. Ludzie przyzwyczaili się do epidemii, albo po prostu osiągnęliśmy efekt wolno gotowanej żaby. Pojawił się bunt i nikt już nie chce siedzieć w domu.

Gospodarka została odmrożona, ludzie wrócili do pracy, ruszyli na urlopy. To spowodowało drastyczny wzrost zachorowań. W sumie spowodowany ignorancją. Wiele osób twierdzi: nie chorowałem/chorowałam, nie znam nikogo kto by chorował, więc choroba nie istnieje, ewentualnie – nie jest tak groźna jak mówią. Idiotyczne myślenie prowadzące do sytuacji, w której ludzie zakładają, że w każdej rodzinie ktoś powinien umrzeć, aby reszta uwierzyła.

Przy okazji mamy do czynienia z takimi sytuacjami, w których osoby chore, na kwarantannie jadą sobie np. nad morze, nie uważają, zarażają innych, bo „nikt nie będzie im psuł urlopu”. Słowo daję, takich ludzi powinno się zamykać, może wtedy by zrozumieli. I mam szczerą nadzieję, że tak zostaną potraktowani.

W związku z pandemią rządzący w pilnym trybie przyjęli pakiet „ratunkowych” ustaw. Przy okazji do każdej dorzucili coś ekstra, czego w normalnych warunkach nie przeforsowaliby ze względu na protesty społeczne np. zaostrzenie prawa karnego, poszerzenie uprawnień myśliwych, itp. Firmy dostały wsparcie – „odpuszczenie” ZUSu na 3 miesiące, mikropożyczki, postojowe, dotacje.

Osoby prywatne zyskały bon turystyczny, który początkowo miał być dla wszystkich, a wyszło na to, że jest tylko dla dzieci, na które rodzice pobierają 500+. Bon funkcjonuje dopiero trzeci dzień, a już ponoć handel nimi kwitnie. Kolejny duży wydatek budżetowy, trafiony jak kulą w płot, ale szumnie reklamowany.

Mieliśmy też sporo afer związanych z wydawaniem horrendalnych kwot na karty do głosowania w wyborach, których nie było, maseczki, rękawiczki, kombinezony, respiratory, itd. które nie spełniają wymagań co do bezpieczeństwa. Ich sprawcy się tym nie przejmują, bo ustawowo wyłączyli sobie odpowiedzialność; nie, nie każdą, trzeba znać tajne hasło. Zdradzę Wam jednak, że brzmi on „walka z covidem”.

A ja w ramach zakupów postanowiłam się zaopatrzyć w nowe sukienki. A co będę sobie żałować… Poza tym trzeba sobie jakoś poprawić humor.

To tyle w ramach podsumowania. Trzymajcie się zdrowo 🙂

Inny świat

Na pasku przeglądarki znalazłam mojego bloga… Ostatni wpis z 4 grudnia 2019 r…. Czyli w zasadzie z innego świata, z innych czasów. Dziś problemy w stylu: schować zimowe ciuchy i wyjąć wiosenne? w co by się ubrać na nadchodzące święta? zrobić pisanki czy kraszanki do koszyczka? gdzie się wybrać na wiosenną wycieczkę? jakimi zakupami w galerii poprawić sobie nastrój? kiedy spotkać się z psiapsiółkami na wino i deskę serów? zrobić kolejne podejście do pływania na basenie? i większość problemów tzw. dnia codziennego – może poza: „co dziś na obiad?” – nie istnieje. W międzyczasie, pomiędzy moimi wpisami, pojawił się koronawirus, który ewoluował w pandemię.

Mamy zamknięte państwo, zamknięte szkoły i uniwersytety, galerie handlowe, hotele, praktycznie kościoły, wiele przedsiębiorstw, mamy zakaz spotykania się w grupach (powyżej 2 osób) i pozwolenie na wychodzenie z domu tylko w koniecznych sprawach.

Mamy też ponad 1120 osób zarażonych, 14 zmarłych i grube tysiące osób objętych kwarantanną. Podobno jesteśmy jeszcze przed największym chorobowym bum, a wszyscy już mają dość.

W tym roku nie będzie tradycyjnych świąt. Msze i nabożeństwa będą tylko w radio i telewizji, święconki nie będzie, rodzinnych wyjazdów i spotkań też. Wszyscy siedzą w domu. Ci, którzy mogą, pracują zdalnie. Ci, którzy nie mogą, siedzą i się nudzą, albo chodzą do pracy martwiąc się o swoje zdrowie, a nawet życie.

Jak zwykle w każdych sytuacjach wychodzi, że większy może więcej. O ile zamknięto np siłownie, nawet te, do których jednorazowo przychodziło kilka – kilkanaście osób, o tyle nie zamknięto największych fabryk w strefach ekonomicznych, zatrudniających na jednej zmianie setki osób. Mamy więc praktycznie przy każdym dużym mieście prawdziwe wylęgarnie wirusów.

A i jeszcze dochodzi kwestia głupoty ludzkiej i narażania innych (co powinno być karane z kodeksu karnego i mam nadzieję, że będzie). Otóż, zdarzały się przypadki, że chorzy „zamawiali” karetki, albo przyjeżdżali do normalnego szpitala, specjalnie okłamując lekarzy co do swojego stanu zdrowia (zatajając kontakty z chorymi) i w ten sposób wysyłali na kwarantannę cały personel medyczny, którego i tak brakuje…

Więc jak już wspomniałam, żyjemy teraz w czasach, które kiedy pisałam poprzedniego posta, były czystym science fiction…

Przedświąteczny nastrój

Wczoraj byłam w galerii. Napatrzyłam się na bożonarodzeniowe gadżety – skarpetki, piżamy, koszulki, sukienki, kolczyki, opaski, słodycze, itd. Przedwczoraj upiekłam pierniczki. Od dwóch dni w radio słyszę też w przeważającej mierze świąteczne piosenki. Nie wiem czy to przesyt, pogoda (akurat u nas nadal bezśnieżnie), wiek czy co, ale nie jestem w stanie wejść w przedświąteczny nastrój. A za 3 tygodnie już Boże Narodzenie. Później Sylwester i Nowy Rok. Kolejny. Ech. Nie potrafię się cieszyć…

 

Nielegalne adopcje

Zawsze z dużym niesmakiem czytałam o dozwolonym w wielu – niby cywilizowanych – krajach handlu organami czy dziećmi. Chodzi mi o wszelkie sprzedaże nerek czy innych organów, których można się pozbyć, za kasę i o rodzenie dzieci za kasę. Czyli de facto o sprzedaż noworodków. Oczywiście można to uzasadniać trudną sytuacją finansową matki i trudną sytuacją rodzinną (niemożnością posiadania dzieci), albo zawodową (takie „nie mogę sobie pozwolić na ciążę”), albo pewnym skrzywieniem psychicznym (nie mogę przytyć) finansującej rodziny, ale jak wymażemy te wszystkie uzasadnienia i gładkie słówka, to pozostaje nam czysty handel ludźmi, transakcja sprzedaję – kupuję.

Myślałam, że u nas takie rzeczy się nie zdarzają. Dopiero dziś zostałam uświadomiona, że jest to zjawisko bardzo częste i bardzo dochodowe. I że dopiero teraz posłowie – tym razem zgodnie – przegłosowali zmiany w kodeksie karnym pozwalające na ukaranie obu stron transakcji. Całe szczęście, że przynajmniej ta kwestia nie budzi wątpliwości i sporów.

Po wprowadzeniu zmian „obie strony transakcji” oraz osoby, które o niej wiedziały, będą mogły zmienić miejsce zamieszkania na więzienie nawet na 5 lat. Tylko kto się w tym czasie będzie dzieckiem zajmował?

Witajcie

Z najgłębszych czeluści twardego dysku wyciągnęłam archiwum bloga, którego wcześniej musiałam zamknąć, i postanowiłam go ożywić. Póki co ożywienie polega na wgraniu go na nowy serwer. A co będzie dalej, to czas pokaże. Mam nadzieję, że tutaj będzie bezpieczny i znowu serwerownia – czy ktoś tam – nie postanowi wszystkiego zamknąć na przysłowiowe cztery spusty…

Nie przewiduję szaleństwa w mojej działalności pseudoliterackiej 😉 Za długo bloguję, żebym mogła oczekiwać od siebie jakiejś systematyczności w przenoszeniu myśli do sieci. Ale od czasu do czasu miło jest naskrobać coś od siebie. Przyjemnie mi się później wraca do tej twórczości.

Może komuś innemu też…

A to piękne zdjęcie na okładce to Pieniny i obłędny poranny widoczek. Coś wspaniałego. Dla takich chwil warto się zerwać przed świtem 🙂

Chyba trzeba wszystko pochować

Miałam nadzieję, że długa, ciepła jesień jeszcze trochę potrwa. Najlepiej tak do końca kalendarzowej jesieni 🙂 ale nic z tego. Chyba trzeba będzie wyczyścić porządnie rower i schować go na zimę. Bo jednak, jak ostatnio sprawdziłam, nie jeździ się dobrze, gdy jest chłodno. Mogę jedynie podziwiać tych, którzy potrafią jeździć przez całą zimę. Ja jestem na to za dużym zmarzluchem.

I tylko zastanawiam się czym wyczyścić przerzutki, bo są nieźle zapiaszczone… Amortyzatorom też będę musiała się przyjrzeć.

Lato na rowerze

Znowu długa przerwa po poprzednim wpisie… Z pływania wyszły nici. Zimę przespałam, przezimowałam, przebimbałam. Obrosłam trochę tłuszczykiem. Za to od kwietnia cieszę się piękną wiosną, którą spędzam co drugi dzień na rowerze. Oczywiście nie cały, ale wieczorna, godzinna czasem dłuższa przejażdżka sprawiła, że poczułam się super – dotleniona, szczuplejsza (waga też tak twierdzi), szczęśliwsza, ciesząca się lepszą kondycją. W końcu udało mi się zrobić coś dla własnego zdrowia i to bezkosztowo. Bo cóż kosztuje wyciągnięcie roweru i wybranie się na przejażdżkę? Nie inwestowałam w żaden profesjonalny strój, bo po co? Nie potrzebne są żadne karnety, bilety wstępu. Za to wybierając odpowiedni kierunek można się cieszyć lepszym powietrzem, z dala od ruchu samochodowego, wśród zieleni, pięknym słońcem i coraz ładniejszą opalenizną. Polecam 🙂

A kilka aplikacji motywujących do aktywności twierdzi, że jestem naprawdę niezła z tą moją konsekwencją 🙂 Nie ma jak cudowne lato i rower.

Nic mi się nie chce

Chyba muszę zmienić płyty w samochodzie. Ostatnio często słucham Mikromusic i na tyle utkwiła mi w głowie piosenka „Tak mi się nie chce”, że rzeczywiście i szczerze nic mi się nie chce. Ogarnęło mnie kompletne lenistwo i nie chce mi się z niego wyrywać 😉 Nawet pisać mi się nie chce, a za sukces uważam to, że w ogóle się zalogowałam z zamiarem napisania kilku słów. Skoro więc jednak je napisałam, wracam do słodkiego leniuchowania 🙂 A coś więcej? Może jutro… a może pojutrze…