Tak sobie myślę…

Właśnie przeczytałam, że jakieś tam badania pokazały, że Polacy strasznie się op…. znaczy marnują czas w pracy. Żeby nie było, nie jestem teraz w pracy 🙂 Tylko na L4, bo mi się dziecko rozchorowało 🙁 Moim zdaniem wszystko zależy od specyfiki pracy. Czasem ma się takie zajęcie, że nie ma czasu na nic dodatkowego. Czasem czeka się (np w sklepie) na klientów, więc też trudno byłoby sprzedawczyni zarzucać nicnierobienie, bo przecież nie wyjdzie na zewnątrz i nie będzie ludzi zapraszać. A czasem się po prostu człowiek dekoncentruje, wypala i najzwyczajniej potrzebuje po większym wysiłku chwili na odsapnięcie, żeby się zabrać za następne rzeczy. Ostatecznie 8 godzin pracy to dużo. Przypuszczam, że gdybyśmy pracowali po 7 godzin, byłoby to bardziej wydajne. Choć nie ukrywam, że zdarzyło mi się pracować w rozgadanym zespole, który miał zwyczaj siedzieć po 2-3 godziny dłużej (i narzekać na nadgodziny), a później jeszcze nierzadko zabierać pracę do domu, za to w godzinach pracy musiałam sobie uszy zatykać, żeby popracować, bo tak nawijali. Zdarzały się też przypadki wychodzenia na godzinny obiad albo na zakupy do galerii. Ba, w innej pracy zdarzało się nawet robić imprezki. Więc jeśli chodzi o marnowanie czasu w ścisłym tego słowa znaczeniu, to i owszem, uważam, że Polacy często marnują czas w pracy. Gorzej jest jednak z tym wycenianiem strat. Bo u nas strat nie było – za nadgodziny jakoś nikt nam nigdy nie płacił, a co miało zostać zrobione to było. Ba, myślę, nawet że pracodawca wychodził na tym na plus, bo pracując rzetelnie przez 8 godzin nie udałoby nam się tyle zrobić. Ale to jak widać też zależy i od pracowników i od pracodawcy. Zawsze pracowałam w młodych, ambitnych zespołach, więc praca na czas była zrobiona. Być może inaczej jest w zakładach, w których pracują osoby za mniejsze pieniądze, bez szans na awans i ich podniesienie. Gdybyśmy nie mieli motywacji, kto wie czy wyszłoby rzeczywiście na plus. No i zawsze był ponadto dobry system zarządzania nie pozwalający na przychodzenie do pracy po to, żeby odpocząć. No i tyle w temacie. A dziś jeszcze muszę podjechać do apteki, po kolejne lekarstwa (!) Słowo daję, szybko i łatwo można zbankrutować na chorobie, a apteki potrafią człowieka finansowo bardziej wykończyć niż banki. Muszę też podjechać do pracy bo czeka już na mnie pit przygotowany przez nasze biuro rachunkowe. Wrocław pewnie później tradycyjnie będzie zakorkowany i znów stracę sporo czasu, ale do 15stej nie mam z kim dziecka zostawić, więc dłuższa przeprawa mnie nie ominie 🙁 Całe szczęście, że mam wyrozumiałego szefa (niestety przez to, że jego dzieciaki też często chorują) i nie muszę wpadać w nerwicę biorąc zwolnienie.

Właśnie dotarło do mnie, że za 4 dni będzie już marzec, a za miesiąc Święta Wielkanocne… Znowu czas mi przyspieszył. No może z wyjątkiem tych pięciu minut, kiedy się mierzy gorączkę. Wtedy ciągnie się niemiłosiernie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.