Zima 1

No i zima znów zaskoczyła drogowców. Śniegiem posypało co prawda niewiele, ale na bieżąco odśnieżane były tylko główne drogi, na bocznych śnieg ubiły samochody, a późniejsze posypywanie solą nic nie dało, bo było za zimno na rozpuszczenie, no a ubitej zmarzliny nie dało się usunąć łychą pługu. Swoją drogą zastanawiam się kto wymyślił to posypywanie solą. I buty to niszczy i samochody i odgarniają toto później na pobocza, które w wielu miejscach są już ogródkami (gdzie rosną np tuje) i szkodzą roślinom i płotom. Kiedyś sypali po prostu piaskiem albo jakimś szutrem. A teraz sól… Przez to ochłodzenie samochody utknęły w korkach, mimo że warunki pozwalały na jazdę z normalną prędkością dopuszczalną na mieście. Przy okazji do pracy zabrali się drogowcy, na jednej z dróg, którą dojeżdżam. Doprawdy nie wiem co można robić w taką pogodę. Robili coś tam w październiku i listopadzie, porzucili wszystko na końcówkę listopada i cały ciepły grudzień, a teraz powrócili. Mam tylko nadzieję, że nie popsuły się wagi samochodowe, bo znowu zamkną cały pas, albo i oba. No nic, ponarzekałam, że trzeba odstać swoje w korkach. Na szczęście w nowej pracy wszystko w jak najlepszym porządku. Przed świętami dostałam zaliczkę na poczet przyszłej pensji, więc w styczniu dużo tego nie będzie, ale jakoś da się przeżyć. Dobrze, że wszystko się ładnie układa; a od lutego już będzie zupełnie normalnie. Zgodnie z przewidywaniami obiady gotuję wieczorem na następny dzień, więc jemy o normalnych porach. Rodzinkę trochę boli to, że znowu muszą się wdrożyć w podział obowiązków, które brałam na siebie, kiedy nie pracowałam, ale na dobre im to wyjdzie.

A niedługo kolejne wolne – ferie. Szkoda, że nie dla mnie ;( Jednak czasy szkolne nie były takie złe, jak się wtedy myślało…

Praca

Przysłowie mówi, że gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł. Gdybym ja wiedziała co się wydarzy w piątek, to też bym poprzedniego wpisu nie zamieszczała. Co prawda dla nas osobiście nie był to pechowy dzień, nie zmieniło się też moje podejście do zabobonów, ale jakoś tak chodzi mi po głowie wciąż powiedzenie: nie chwalcie dnia przed zachodem słońca. Bo summa summarum ten piątek 13. był jednak tym razem pechowy.

A co poza tym? Zmieniłam pracę. Dziś miałam zacząć nową, podpisać umowę i lipa. Na szczęście nie taka totalna, bo tylko się przesunie o tydzień czy dwa, ale właśnie teraz przestoje, tym bardziej finansowe, nie są mi na rękę. Ale cóż zrobić. Pracodawca kupił lokal, którego przekazanie się przeciągnęło do wczoraj (o ponad miesiąc!). Lokal miał być w idealnym stanie, ale gdy dziś rano przybyłam na miejsce zastałam przyszłego pracodawcę i pracowników wkurzonych. Mieliśmy dziś wnosić zamówione meble i sprzęt biurowy i je ustawiać. A tu ściany brudne, obstukane, kuchnia pozostawiające wiele do życzenia i przedpotopowe toalety. No, może nie przedpotopowe, ale PRL to one dobrze pamiętają. Szef wkurzony na szybko załatwił ekipę remontową, żeby doprowadzić lokal do porządku, bo w takim brudzie źle się pracuje, a co dopiero klientów przyjmować. Kazał też wywalić całą kuchnię, bo mu się nie spodobała, odmalować i wstawić nowe szafki, stół, krzesła, lodówkę, zmywarkę i mikrofalę. A jak wychodziłam, to naradzał się jak najszybciej zrobić łazienkę, bo odmalować pomieszczenia można w dwa dni, ale co innego zbić kafle, położyć nowe, wstawić kabiny wc, żeby przynajmniej dwie były, zamontować nowe umywalki, itd. Takie prace niestety wymagają czasu na skucie, położenie i schnięcie. Więc szef wkurzony, bo nieprzewidziane wydatki, a poza tym miał nadzieję, rozkręcić wszystko przed świętami, żeby trochę się odkuć (ostatecznie wtedy są największe obroty), a my też, bo większość osób wypowiedziała umowy o pracę, żeby tam się zatrudnić, wszyscy mieliśmy dziś, czyli pierwszego dnia podpisać umowy, a tu takie wałki. Mam nadzieję, że załatwi sprawną ekipę, która posiedzi przez ten tydzień i przez weekend i od poniedziałku zaczniemy pracę. Na szczęście w tym wypadku nasze cele i szefa są zgodne, więc jest szansa. A pozostały czas (do rozpoczęcia pracy) tak sobie myślę, że wykorzystam na wcześniejsze sprzątanie przed świętami. Wiem, że to jeszcze ponad miesiąc i w ogóle lubię wszystko robić na ostatnią chwilę, żeby w domu pachniało świeżością, ale kto wie jaka wtedy będzie pogoda i czy nie będzie jakichś nadgodzin… Więc może chociaż skoro już mam wolne, pomyję sobie okna, zmienię już firany i zasłony (ostatecznie przez miesiąc się tak bardzo nie wybrudzą, a jeśli nawet zachlapie je deszcz, to łatwiej później przetrzeć szyby na zewnątrz niż w całości pucować). Mogłabym też umyć kafle w łazience, a później przetrzeć tylko tam, gdzie najbardziej się chlapią. Mogłabym pomyć szafki w środku i odświeżyć rzadko używane szkło i porcelanę, co zwykle robię dwa razy do roku, zamiast zostawiać wszystko na drugą połowę grudnia… Gdyby nie zastój finansowy, mogłabym też znaleźć jakieś fajne miejsce na Sylwestra i zaklepać, ale coś czuję, że tym razem spędzimy go w domu, ewentualnie u jakichś znajomych…

No to do pracy, bo coś dużo tego „mogłabym” się uzbierało i za chwilę trzeba będzie dopisać „wszystko mogłabym, gdyby tylko mi się chciało” 😉